Cześć!
Dawno nie było rozdziału i za to bardzo przepraszam. Nie miałam weny ani ochoty
na pisanie... Rozdziały powinny się pojawiać raz w tygodniu i jeśli będziecie
chcieli się czegoś zapytać, lub po prostu popisać oto moje gg: 48540375 dostępna
zazwyczaj jestem wieczorem albo po południu.
Bardzo ci dziękuję Cyziu za to co dla mnie zrobiłaś <3 Gdyby nie ty pewnie
ten rozdział byłby dużo, dużo później. Dzięki, dzięki i jeszcze raz dzięki! No
i oczywiście dziękuję Wam za te wszystkie miłe komentarze!
Zapraszam na dramione koleżanki * link * J
Życzę miłego czytania i zapraszam do komentowania! :D
ps.
Już mam laptopa i nie muszę męczyć się z notatnikiem w komórce :D
*~*~*~*~*~~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*
-
Dobry Wieczór - powiedziała zdumiona starsza kobieta patrząc na równie
zdziwioną Hermione. Gryfonka przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć, ale po
jakimś czasie w końcu sobie przypomniała w jakiej sprawie przyszła. Zrobiła
poważna minę i powiedziała:
- Dobry Wieczór, ja do profesora Slughorna.
- Profesora Slughorna nie ma, wyjechał
na mis- ekhem - profesor McGonagal zmieszała się na chwilę. - Miał sprawy do
załatwienia. O co chodzi?
- Pani profesor, Ginny wypiła amortencję... - Spojrzała smętnie na przyjaciółkę
patrzącą w sufit z nieobecnym wzrokiem i szerokim uśmiechem na ustach
mamroczącą coś do siebie. Jak brunetka zdążyła się domyślić; kolejne
zdrobnienia jej ukochanego Charliego. Profesorka również lustrowała wzrokiem
rudowłosa. Bez słowa zaprosiła przyjaciółki gestem ręki do środka i wskazała
dwa zielone fotele. Pomieszczenie było dość spore i na sam jego widok robiło
się zimno, choć kominek był rozpalony. Ściany i podłoga zrobione były z betonu,
jak jeszcze za czasów Snap'a. Na ziemi leżał zielony dywan, a na ścianach
zawieszone były półki z eliksirami, kociołkami, składnikami i bardzo dziwnymi
rzeczami. Na lewo stały drewniane drzwi prowadzące prawdopodobnie do sypialni
profesora. Były lekko uchylone i Gryfonka zdążyła dojrzeć, że całe tamto
pomieszczenie jest zrobione z drewna a na środku stoi wielkie łóżko z
baldachimem. Z boku był śliczny, rzeźbiony kominek z tańczącymi płomieniami w
środku. Hermiona zwróciła wzrok ku krzątającej się między półkami z eliksirami
i składnikami McGonagal. Wzdrygnęła się słysząc tłuczone szkło i szybko
spojrzała co się stało. Profesorka nerwowo zbierała jakieś macki do innego
naczynia raz po raz krzywiąc się z obrzydzenia. Odłożyła słoiczek na swoje
miejsce i wyrzuciła szczątki starego do kosza. Parę chwil potem profesorka
widocznie podskoczyła uradowana zauważając szukaną rzecz. Brunetka nawet nie
zwróciła uwagi, że Ginny ciągle nawija jej do ucha o jej ukochanym. o ich dozgonnej
miłości i jak będą nazywać się ich dzieci. Najbardziej zastanawiało ją to czemu
to zrobił. Wlał eliksir do jej piwa kremowego i osobiście jej podał, a ona
dziwiła się czemu tak się patrzy! Musi z nim koniecznie porozmawiać, bo
przecież amortencja to nie jest dobre rozwiązanie. Mógł się z nią zwyczajnie
umówić. - Myślała Hermiona nie zdając sobie nawet sprawy, że to było o wiele
poważniejsze niż się jej wydawało. W tym czasie profesorka znalewźszy
odpowiedna fiolkę, wlała jej zawartość do eleganckiej filiżanki w kwiatki i
podała Ginny. Rudowłosa zrobiła minę grymaśnego dziecka i tupnęła nogą mówiąc,
że tego nie wypije. - Gin to jest od twojego ukochanego, jak tego nie wypijesz
to nie przyjdzie - szeptała jej do ucha Hermiona. Ruda po tych słowach od razu
ujęła w ręce filiżankę i wypiła do samego dna. Z twarzy zaczął jej powoli
znikać głupiutki uśmieszek, aż w końcu krzyknęła
- Co to było!?!? - Krzyczała łapiąc rękami swojej głowy i patrząc wielkimi
oczami to na profesorkę to na przyjaciółkę. - Gin spokojnie. Napiłaś się
amortencji.. - Co? Kto?! Ten barman!! Zabije! - Wrzeszczała Ginny, a uszy jej
poczerwieniały jak bratu.
- Spokój! - Krzyknęła McGonagal - wszytko sobie jakoś wyjaśnicie, ale teraz
musicie wyjść. Muszę zrobić pewną rzecz. Do widzenia i bawcie się dobrze. -
Pożegnała się szybko i wypchnęła dziewczyny za drzwi zatrzaskując je z hukiem,
który odbił się echem po pustych korytarzach. Przyjaciółki wróciły na salę, a
Hermiona przez całą drogę tłumaczyła Ginny co się stało. Oburzona rudowłosa
ciskała na Charliego najróżniejszymi przekleństwami, nawet takimi o których Hermiona
nie miała pojęcia. Pierwsze co to zauważyły przeciskającego się przez tłum
Dracona.
- Gdzie Blaise? - Zapytała z góry Ginny podbiegając do młodego Malfoya.
- Pobiegł za tym kretynem - odparł dość obojętnie i podszedł do Hermiony
- Co?! On mu może coś zrobić! Przemoc to nie jest dobre rozwiązanie! Nie
powstrzymałeś go?
- Próbowałem, ale z innej strony należy się idiocie. - Gryfonka trzepnęła go w
ramię. Draco na chwilę zrobił oburzona minę i już chciał coś powiedzieć gdy
Ginny zapytała
- Gdzie oni są? - Nie wiem, chyba na błoniach. Przed chwilą pobiegli, chodźmy
do nich. - Ledwo powiedział " na błoniach " gdy Gin jak rakieta
wystrzeliła w stronę drzwi wyjściowych. Para spojrzała na siebie i bez słowa
pobiegła za nią. Bez kurtek wybiegli na mróz goniąc rudą czuprynę. W oddali
widać było dwie postacie wrzeszczące na siebie nawzajem. Ginny przebiegła przez
zmarznięty most i z śniegiem po kolana stanęła przed Blaisem. Ślizgon wciąż
wrogo patrzał na przeciwnika, ale zelżał mu uścisk na różdżce i z czułością
przytulił rudowłosą. Charlie widząc, że to dobry moment uciekł i jak torpeda
pobiegł ku zamku. Diabeł zacisnął pięści, ale nie rzucił się w pogoń. Przytulił
jeszcze raz Ginny i zaproponował powrót do zamku, na co wszyscy się z radością
zgodzili nie czując nóg zatopionych w śniegu i palców.
***
Harry siedział na wielkim, miękkim
bordowym fotelu w jego ulubionym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały herby domu
lwa i podłogę zdobił szkarłatny dywan. Przed nim był obszerny kominek, a z boku
wielkie okno z widokiem na całe błonia tuż przy regale z opasłymi książkami.. o
quiddichu oczywiście. Na kominku leżał na poduszece złoty znicz wraz z
zdjęciami w ramkach sławnych zawodników. Bal trwał w najlepsze, a wybraniec
siedział pogrążony w myślach w Pokoju Życzeń. Uwielbiał ten pokój. W dowolnej
chwili mógł się znaleźć na łące, boisku, bibliotece czy w jakim miejscu sobie
zamarzy. Ale najlepsze było to, że nikt tu nie wejdzie i mu nie przeszkodzi.
Był tu sam i może tam zostać ile chce.. w samotności. Myślał o Ginny, Hermionie
i Ronie. O tym jak wszystko się rozwiało jak dmuchawiec. Jeszcze pół roku temu
byli najlepszymi przyjaciółmi, a teraz? Owszem wciąż przyjaźni się z Hermioną.
A Ginny… Od tak dawna mu się podobała, ale tak bardzo bał się zapytać. Odkładał
to na jutro i co? Wszystko stracone i musi się z tym pogodzić.
Wstał odkładając pustą butelkę po piwie kremowym zabraną z pokoju wspólnego, bo
nie wiadomo czemu Pokój Życzeń nie daje napoi, ani jedzenia. Otworzył szybko
drzwi i usłyszał cichy huk z drugiej strony. Pospiesznie podszedł do
pocierającej czoło, siedzącej na ziemi czarnowłosej dziewczyny. Widać ktoś
jeszcze nie był na balu. Wyjąkał kilka przeprosin i podniósł z ziemi jej opasłą
księgę „ Magiczne rośliny, które chcą cię pożreć”.
- Przepraszam Parvati, naprawdę…
- Nic się nie stało – uśmiechnęła się do niego gryfonka. Podniosła się z
podłogi i strzepnęła z siebie niewidzialny kurz. Przez jakiś czas nie odzywali
się do siebie tylko stali wpatrując się w podłogę. W oddali słychać było muzykę
z Balu Bożonarodzeniowego.
- Emm.. – zaczęła Parvati – zatańczymy?
- co? – odpowiedział zaskoczony pytaniem Harry.
- Nic.. jak nie chcesz to przepraszam.. – Gryfonka spojrzała w podłogę i się
zarumieniła.
- Nie! Tylko trochę mnie zaskoczyłaś. Zatańczmy – uśmiechnął się pokrzepiająco do
dziewczyny i po chwili już tańczyli do powolnej muzyki na pustym korytarzu.
***
Hermiona z grymasem na twarzy
spojrzała w lustro. Włosy jej sterczały na wszystkie strony i miała podkrążone
oczy. Przetańczyła z Draco calusieńką noc i musiała wcześniej wstać, bo jechała
na święta do domu. Wzięła prysznic, uczesała włosy i zabrała się do pakowania.
Kotka cały czas wchodziła do walizki i ocierała się. Wsadziła do walizki
wszystkie ubrania, książki i wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy, a Wenus
wsadziła do klatki dla kota i zeszła na dół. Miała jeszcze półtorej godziny do
wyjazdu, ale wolała na spokojnie zjeść śniadanie i przygotować się do podróży. W
Wielkiej Sali wciąż stały ogromne, ładnie ustrojone choinki i świąteczne
dekoracje. Duchy przelatujące co jakiś czas po Sali śpiewały wesoło kolędy.
Brunetka usiadła na swoje stałe miejsce przy stole gryfonów i zabrała sobie do
miseczki trochę owsianki.
- Dzień dobry Hermiono – usłyszała za sobą tak bardzo znany głos.
- Cześć Draco! – odwróciła się do niego i szeroko uśmiechnęła.
- Przyszedłem się pożegnać. – powiedział siadając obok niej i lekko się
uśmiechając. Gryfoni zareagowali na obecność ślizgona ze zdziwieniem, ale już
nie tak wielkim jak wcześniej.
- Ah tak.. – Hermiona właśnie sobie przypomniała, że Draco zostaje w Hogwarcie,
bo nie ma do kogo wyjechać. Ojciec uciekł z Azkabanu, a matka nie żyje. Bardzo
jej było żal ślizgona. Nagle coś ją olśniło..
- Draco! A może spędzisz u mnie święta? – zapytała wesoło się uśmiechając i
łapiąc go za brzeg koszulki, bo widocznie chciał się oddalić
- Ja, ee – zmieszał się trochę – naprawdę, nie chce robić kłopotu…
- Ależ to żaden kłopot! Draconie Malfoyu nie chce słyszeć sprzeciwu. Jedziesz
do mnie na święta! – uśmiechnęła się szeroko i przytuliła do blondyna. Chłopak
odwzajemnił uścisk i krótko szepnął – idę się pakować – po czym wyszedł z
Wielkiej Sali. Hermiona również chciała wyjść, aby sprawdzić po raz czwarty,
czy na pewno wszystko spakowała, ale ruda czupryna zagrodziła jej drogę. Usiadła
z powrotem na swoim miejscu i zaczęła wysłuchiwać rozentuzjazmowanej
przyjaciółki nawijającej szybciej niż błyskawica Harrego na meczu quiddicha.
- Noo i się zgodziłiprzyjedziedomnie na święta! – zakończyła Ginny uśmiechając
się i podskakując na ławce.
- Jej, to świetnie! Do mnie przyjeżdża Draco! A co na to Ron?
- Pff Ron. Może sobie myśleć i mówić co chce. – zrobiła obrażoną minę, ale
chwilę później wyraz twarzy zupełnie jej się zmienił – za 30 minut wyjazd!
Chodź, musimy znieść bagaże.. – Dziewczyny popędziły jak na miotłach po
Hogwardzkich schodach do góry i szybko podały hasło grubej damie. Neville
męczył się z walizkami na kręconych schodach, Colin rozmawiając z Ernim
wychodził z Pokoju Wspólnego, a Parvati wypuszczała przez okno sowę z listem
przywiązanym do nóżki. W pomieszczeniu było głośno i tłoczno więc szybko
przecisnęły się do swoich dormitoriów. Na drodze napotkała Rona, ale wyminęła
go jednym ruchem i przeszła do swojego pokoju. Jak zwykle zmniejszyła walizki,
zabrała kotkę i w towarzystwie przyjaciółki poszły na peron. Blaise i Draco już
tam na nie czekali i powitali je ciepłym uściskiem. Pare minut potem nadjechał
wielki Ekspres Hogwart i wszyscy uczniowie zaczęli się przeciskać do środka.
Dwaj ślizgoni i dwie gryfonki prześlizgnęli się jako pierwsi i zajęli ich
ulubiony przedział. Pociąg wyruszył, a z jego komina zaczęła wylatywać biała
para. Śnieg za oknem lekko prószył i powoli zaczynały znikać w oddali znajome
mury Hogwartu. Wkrótce naokoło zaczął rozciągać się tylko widok na łąki i lasy.
Nagle za drzwiami przedziału pojawiła się znajoma starsza kobieta pchająca
wózek wypchany najróżniejszymi słodyczami. Blaise zerwał się miejsca i zaczął namyślać się co kupić.
Przystało na tym, że kupił wszystko. Położył wszystkie słodycze na stoliku i
całe towarzystwo zaczęło śmiać się, rozmawiać i jeść łakocie. W powietrzu
latały czekoladowe żaby usilnie próbujące uciec, a Diabeł gonił je zaciekle. W
krótce pomógł mu Draco i przy akompaniamencie śmiechu dziewczyn udało im się
złapać zbiegłe żaby. Zabimi wziął kęs ciastka z kremem i pod nosem zostały mu
białe wąsy.
- Kocham jeździć ekspresem Hogwart – powiedział Blaise, gdy Ginny wycierała mu
krem chusteczką chichocząc przy tym. W końcu z nadmiaru słodkości zrobiło im
się wręcz nie dobrze, ale dalej śmiali się i żartowali. Podróż minęła im zaskakująco
szybko i nim się spostrzegli Ekspres stawał na Kings Cross. Wszyscy
powychodzili z przedziałów i zrobiło się gwarno. W końcu przyjaciołom udało się
przecisnąć na zimne powietrze. Gryfonki zaczęły się przytulać na pożegnanie, a
ślizgoni podali sobie ręce łącząc je w przyjacielskim uścisku. Na peronie 9 i ¾
pojawiła się Ruda rodzinka Weasleyów witająca swoje dzieci. Hermiona zgubiła
gdzieś ich w tłumie i postanowiła razem z Draco pójść do jej domu.
- Chodźmy, to nie daleko.
- Nie teleportujemy się? Jesteśmy już pełnoletni! – powiedział Draco
- Miło czasem się przejść – uśmiechnęła się Hermiona i przytuliła blondyna
wciskając mu do ręki walizke.
- Niesiesz bagaże! – zaśmiała się gryfonka i przeszła na Kings Cross. Draco
prychnął pod nosem niezadowolony, ale pociągnął się za nią. Przez całą drogę
brunetka mówiła mu gdzie jest sklep, gdzie muzeum, gdzie szkoła do której
wcześniej chodziła, gdzie mieszkają jej przyjaciele i opowiadała różne
historyjki z jej życia.
- Draco, widzisz tą dziewczynę? – zapytała Hermiona podchodząc do blondyna.
- Mhmm – odpowiedział szperając w jakiejś torbie.
- To moja koleżanka i nie wie, że jestem czarodziejką. Chodźmy do niej. Czeeeść
Daisy! – krzyknęła i podskakując zaczęła energicznie machać w stronę szczupłej
dziewczyny z ciemnymi, bardzo długimi włosami zaplecionymi w warkocz. Nijaka
Daisy od razu zareagowała i rozentuzjazmowana i rzuciła się na brunetkę śmiejąc
się głośno.
- Cześć! Jak dawno cię nie widziałam!
- Przyjechałam na święta do rodziców – powiedziała Hermiona – To jest Draco –
przedstawiła blondyna.
- Hej, jestem Daisy – podała rękę ślizgonowi z szerokim uśmiechem na twarzy.
Malfoy uśmiechnął się lekko i uścisnął jej dłoń.
- Musimy już iść. Pa Daisy! Mam nadzieje, ze niedługo się spotkamy! – pożegnała
się gryfonka i razem z Draconem ruszyła w dalszą drogę. Szybko znaleźli się
przed progiem małego, przytulnego domku. Miał spory ogródek na którym rosło
wiele drzew i krzewów, oraz wiecznie zielonych choinek. Największa z nich była
świątecznie przyozdobiona a pod dachem wisiały białe migające lampki. Hermiona
nacisnęła na dzwonek i po przeciwnej stronie rozległa się krótka melodyjka.
Para usłyszała czyjeś kroki i w drzwiach stanęła sympatyczna kobieta w
fartuszku uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Hermonka! – Pani Granger mocno przytuliła swoją córkę. Obok niej stanął
wysoki ojciec dziewczyny mierzący wzrokiem trochę zakłopotanego chłopaka.