Słabe promyki słońca przedarły się przez gałęzie i brązowo-złote
liście dębu który stał od wielu lat za oknem. Padały centralnie na twarz
śpiącej dziewczyny, która skrzywiła się oślepiona przez jesienne jeszcze
słońce. Zakryła oczy prawą ręką, która już nie była taka blada. Jej policzki
się zaróżowiły; wyglądała już zdrowo i normalnie. Odsunęła dłoń i otworzyła
oczy. Przymrużyła je na początku. Odwróciła głowę w lewo i zobaczyła słodko
śpiącego Dracona. Kilka blond kosmyków włosów padały mu na oczy. Przytulał ją
jak ulubionego misia, a na lego twarzy widniał lekki uśmieszek. Policzki miał
różowe, a usta lekko rozchylone. Hermiona uśmiechnęła się pod nosem i zaczęła
delikatnie głaskać go po głowie. Kiedy jej dłoń dotknęła jego włosów, spiący
chłopak przytulił ją mocniej. Dziewczyna cichutko jęknęła, bo rany; choć już
prawie zagojone wciąż bolały. Maskotka leżała tuż przy jej głowie, więc
odsunęła ją i położyła koło siebie. W brzuchu jej głośno zaburczało. Była
naprawdę głodna, ale nie chcąc budzić Malfoya wzywaniem Stworka zabrała
paczuszkę Fasolek Wszystkich Smaków, które przyniosła jej Ginny. Zatopila rękę
w kolorowych fasolkach i wyciągnęła jedną. Jasnobrązowa z ciemnobrązowymi
plamkami. Skrzywiła się, bo nie wyglądała ciekawie, ale włożyła ją do ust.
Odetchnęła z ulgą. Były o smaku toffie, a ona tak lubiła toffie! Kiedy zjadła
pierwszą, wylosowała następną. Była ciemnozielona. Hermiona zawahała się, ale
niepewnie włożyła do ust. Ogórkowy! Już myślała, że smarki. Gryfonka bardzo
lubiła te fasolki. Ta niepewność… może to truskawkowy, a może chilli? Już
chciała sięgnął po następną, gdy chłopak wydał z siebie pomruk i ziewnął
przeciągle. Przeciągnął się na łóżku, prawie z niego spadając, bo było zbyt
wąskie. Kiedy w ostatniej chwili się złapał, by nie upaść zrobił dziwną minę.
Dziewczyna pasknęła śmiechem, przypadkiem rozsypując kilka fasolek. Draco także
zaczął się smiać. Dobrze, że w skrzydle szpitalnym nikt jeszcze nie leżał, bo
na pewno by go obudzili.
- Fasolki wszystkich smaków? – powiedział z lekko ironicznym uśmiechem patrząc na pudełeczko w ręce Gryfonki.
- Jasne! – odpowiedziała śmiejąc się i podłożyła pod nos paczuszkę, rozsypując przy tym znowu kilka fasolek. Ślizgon patrzał przez chwilę na fasolki, po czym zamknął oczy i zanurzył rękę. Wyciągnął żółtą fasolkę i bez zastanowienia włożył ją do ust. Skrzywił się lekko, ale po chwili znowu na jego twarz zagościł uśmiech.
- Co to za smak?
- Bananowy… - powiedział ponownie się krzywiąc – nie lubię bananów!
- A czemu ich nie lubisz?
- Boo nie lubie! – mówiąc to zrobił minę upartego dzieciaka, któremu ktoś zabrał lizaka.
- Ehh jak chcesz, ja tam lubię – powiedziała odkładając pudełeczko spowrotem na szafkę. Kwiaty w wazonie już lekko podwiędły, ale wciąż były ładne. Kiedy odwróciła głowę jej twarz, napotkała twarz Malfoya. Poczuła jak zwykle przyjemne dreszcze. Patrzała w jego szaroniebieskie oczy, które nie były zimne, lecz przyjemne i uśmiechnęte. Były w nich błyski, jakich wcześniej nie zauważała. Byli tak blisko. Już podnosiła rękę, by pleść palce w jego jasne włosy, ale nagle zza zasłony wyłoniła się wyraźnie zdumiona pani Pomfrey. Odchrząknęła znacząco, jakby jej nie zauważyli i od razu odsunęli się od siebie. Draco w mgnieniu oka znalazł się na krześle obok łóżka.
- Proszę panno Garnger wypić eliksiry. Za dwa dni, będzie pani mogła opuścić skrzydło szpitalne. A pan, panie Malfoy, proszę iść na lekcje. – powiedziała zwracając się do Dracona. Przez chwilę się namyślał, ale w końcu z niechęcią wstał i posłał Hermionie trochę smutne spojrzenie. Pani Pomfrey podała Gryfonce trzy fiolki. Jedna z dziwnym, śmierdzącym czerwonym płynem na który dziewczyna się skrzywiła, ale wypiła do dna. Następne dwie’ niebieska i żółta prawie bez smaku. Hermiona padła na poduszkę i niemal od razu zasnęła. Pielęgniarka uśmiechnęła się leciutko pod nosem i zasłoniła okno, by światło słoneczne nie przeszkadzało dziewczynie. Szczerze dziwiło ją to wszystko… najlepszy przyjaciel panny Granger rzucił na nią czarnoksięskie zaklęcie, a wróg z którym Hermiona użerała się przez tyle tak, czuwa całymi dnami przy jej łóżku. Czyżby dwie osoby z wrogich domów mogły się pokochać?
***
Spocony Harry po ciężkim treningu zsiadł z miotły. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a ręce zamarzły mu z zimna. Pani Pomfrey mówiła, by na razie przestał grać i trochę odpoczął, ale mecz ze ślizgonami zbliżał się nieubłagalnie. Musi być w dobrej formie i drużyna go potrzebuje. Był kapitanem i musiał wymyśleć jakąś taktykę. Nie szło mu w tym roku za dobrze, ale jakoś da radę. Rona wywalili z drużyny i musiał znaleźć innego obrońcę. Zebrał wszystkich chętnych na boisku. Parvati nie przepuściła ani jednego gola! Zawsze myślał, że ona nie umie grać w quiddicha. W tym roku mieli niezłych zawodników, ale to nie to samo co kilka lat temu. Kiedy Fred i George byli pałkarzami… albo kiedy obrońcą był Oliver… oczywiście Ritchie Coote i Jimmy Peakes jako pałkarze tez byli dobrzy. Bał się, że ślizgoni będą mieli lepszą taktykę. Zaciskał i lozluźniał znarznięte palce wchodząc do szatni. Czuć było nadchodzącą zimę. Zimny wiatr przemrażał do szpiku kości. Słońce zasłoniły białe chmury. Reszta drużyny już dawno poszła do ciepłego zamku, ale on chciał jeszcze trochę poćwiczyć. Wszedł do szatni i zaczął ściągać strój do quiddicha nie zauważając Ginny, która siedziała na ławce obok, już normalnie ubrana. Odwrócił głowę na bok i aż podskoczył widząc rudą czuprynę. Spojrzała na niego i niepewnie się uśmiechnęła.
- Cześć Ginny, co tu robisz? – zapytał zdziwiony Harry, zakładając zwykłą koszulkę, a tą z quiddicha pakując do torby.
- Cześć, chciałam ci pomóc w wymyślaniu taktyki.. – zaczęła – widzę, że jeszcze jesteś dosyć słaby. Powinieneś odpocząć.
- Nic mi nie jest Gin, nie martw się – powiedział odwracając głowę w stronę dziewczyny uśmiechając się przy tym. Podobała mu się już od jakiegoś czasu. Jest inna niż reszta dziewczyn. Uwielbiał z nią rozmawiać i spędzać czas, choć trochę go to krępowało. – Dam sobie radę z taktyką. – Ubrał swoją spraną już trochę kurtkę i zawiązał buty. Ruda zrobiła lekko zawiedzoną minę, ale wybraniec tego nie zauważył. Chciała z nim spędzić trochę czasu. Nic nie odpowiedziała, bo harry nie zgodziłby się na pomoc. Wyszli razem, a chłodny wiatr rozwiał rozpuszczone, ogniste włosy dziewczyny. Chłopak patrzał na to oczarowany, nie myśląc jak przy tym wygląda. Ginny się zaśmiała, a on wrócił do siebie. Szli razem przez błonia rozmawiając przy tym i śmiejąc się razem. Nagle na ich głowy zaczęła spadać pojedyncze krople deszczu, który po paru chwilach zamienił się w śnieżnobiałe śnieżynki, które zaczynały coraz gęściej padać. Pokrywały trawę i drzewa. Kiedy byli już blisko wrót do zamku rozpętała się wichura. Duże płatki śniegu padały gęsto z białych chmur. Weszli razem do pokoju wspólnego. Wielu pierwszoroczniaków pchało się do okna, by obejrzeć jak śnieżnobiały puch pokrywa błonia. To była ich pierwsza zima w Hogwarcie. Na fotelu obok kominka siedział samotnie Ron. Ginny lekko szturchnęła łokciem Harrego i pokazała głową na rodzielca. Zawalony pergaminami gryfon spojrzał smutno w stronę przyjaciela i siostry. Wybraniec odwrócił wzrok, a Ruda zmierzyła go wściekłym spojrzeniem. Złapała niespodziewanie za łokieć Harrego i pociągnęła go do swojego dormitorium.
***
Dwa dni później Hermiona została wypisana ze skrzydła szpitalnego. Zabrała swoje rzeczy i wraz z przyjaciółmi opuściła sale. Z jednej stromy Parvati zachwycała się dostaniem do drużyny quiddicha, a z drugiej Ginny i Harry opowiadali o Ronie. Levander która szła troszkę przed Patil mówiła o jakiejś imprezie. Tylko ślizgon siedział cicho. Przy portrecie Grubej Damy rozdzielili się i dalej szła tylko z Ginny i Draco. Rudowłosa mówiła o zbilżającym się meczu, a Malfoy nadal milczał. Tylko uśmiechał się leciutko. Weszli do Pokoju Wspólnego Prefektów Naczelnych i rozsiedli się wygodnie na kanapie. Gryfonka wezwała Stworka, a Draco poszedł do swojego dormitorium po ognistą. Skrzat przyniósł im po kubku gorącej czekolady i po ciastku z jagodami. Młody Malfoy nalał każdemu do szklanki bursztynowego płynu. Rozmawiali w najlepsze, aż nagle do pokoju wszedł niespodziewanie uśmiechnięty Blaise i rozsiadł się naprzeciw dziewczyn. Cała czwórka śmiała się do łez z żartów Blaisa i Ginny. Po jakimś czasie ruda i Zabini zaczęli się kłócić kto wygra mecz. Przekrzykiwali się nawzajem śmiejąc się głośno. W końcu założyli się o zwycięstwo obydwoje święcie przekonani, że wygrają. Hermiona z Draco zaczęła się sprzeczać na temat starożytnych runów. W końcu, kiedy wszyscy byli już lekko podpici, Blaise wyczarował radio i zaczęli tańczyć. Bawili się w najlepsze. Zabini popisywał się dziwacznymi tańcami i o mało co nie przewrócił stolika. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nagle Ginny na chwilę zniknęła. Wróciła z pudłem w ręku. Rozłozyła matę z kolorowymi kółkami na ziemi. Chłopcy patrzeli na to zdziwieni, a Hermiona zaśmiała się.
- Gin, skąd to masz?
- A tata mi kiedyś przyniósł! Twister to się nazywa, czy jakoś tak.
- A na czym to polega? – Zapytał wyraźnie zaciekawiony Draco.
- Kręcisz tym – wskazała na prostokątną tarczę z wskazówką i wyjaśniła im zasady gry. Zaklęciem zakręciła wskazówką.
- Lewa ręka na czerwone! – krzyknęła Hermiona. I tak grali przez długi czas śmiejąc się przy tym. Pierwszy odpadł Blaise, bo tak się śmiał, że noga mu się poślizgnęła. Ruda okazała się mistrzem w tej grze. Wszystko to robili przy muzyce, więc Zabini rozbawiał ich swoim tańcem. Kiedy grali jakiś piąty raz, tak bardzo się wszyscy poplątali, że nie dało się zakręcić wskazówką. Kiedy Hermiona próbowała wyciągnąć rękę w stronę kolorowej tarczy wszyscy się przewrócili z głośnym śmiechem. Porozmawiali trochę i towarzystwo się rozeszło. Gryfonka i Malfoy pożegnali się uśmiechem i weszli do swoich dormitoriów. Dziewczyna wzięła jeszcze szybki prysznic, po czym od razu zasnęła.
- Fasolki wszystkich smaków? – powiedział z lekko ironicznym uśmiechem patrząc na pudełeczko w ręce Gryfonki.
- Jasne! – odpowiedziała śmiejąc się i podłożyła pod nos paczuszkę, rozsypując przy tym znowu kilka fasolek. Ślizgon patrzał przez chwilę na fasolki, po czym zamknął oczy i zanurzył rękę. Wyciągnął żółtą fasolkę i bez zastanowienia włożył ją do ust. Skrzywił się lekko, ale po chwili znowu na jego twarz zagościł uśmiech.
- Co to za smak?
- Bananowy… - powiedział ponownie się krzywiąc – nie lubię bananów!
- A czemu ich nie lubisz?
- Boo nie lubie! – mówiąc to zrobił minę upartego dzieciaka, któremu ktoś zabrał lizaka.
- Ehh jak chcesz, ja tam lubię – powiedziała odkładając pudełeczko spowrotem na szafkę. Kwiaty w wazonie już lekko podwiędły, ale wciąż były ładne. Kiedy odwróciła głowę jej twarz, napotkała twarz Malfoya. Poczuła jak zwykle przyjemne dreszcze. Patrzała w jego szaroniebieskie oczy, które nie były zimne, lecz przyjemne i uśmiechnęte. Były w nich błyski, jakich wcześniej nie zauważała. Byli tak blisko. Już podnosiła rękę, by pleść palce w jego jasne włosy, ale nagle zza zasłony wyłoniła się wyraźnie zdumiona pani Pomfrey. Odchrząknęła znacząco, jakby jej nie zauważyli i od razu odsunęli się od siebie. Draco w mgnieniu oka znalazł się na krześle obok łóżka.
- Proszę panno Garnger wypić eliksiry. Za dwa dni, będzie pani mogła opuścić skrzydło szpitalne. A pan, panie Malfoy, proszę iść na lekcje. – powiedziała zwracając się do Dracona. Przez chwilę się namyślał, ale w końcu z niechęcią wstał i posłał Hermionie trochę smutne spojrzenie. Pani Pomfrey podała Gryfonce trzy fiolki. Jedna z dziwnym, śmierdzącym czerwonym płynem na który dziewczyna się skrzywiła, ale wypiła do dna. Następne dwie’ niebieska i żółta prawie bez smaku. Hermiona padła na poduszkę i niemal od razu zasnęła. Pielęgniarka uśmiechnęła się leciutko pod nosem i zasłoniła okno, by światło słoneczne nie przeszkadzało dziewczynie. Szczerze dziwiło ją to wszystko… najlepszy przyjaciel panny Granger rzucił na nią czarnoksięskie zaklęcie, a wróg z którym Hermiona użerała się przez tyle tak, czuwa całymi dnami przy jej łóżku. Czyżby dwie osoby z wrogich domów mogły się pokochać?
***
Spocony Harry po ciężkim treningu zsiadł z miotły. Włosy sterczały mu na wszystkie strony, a ręce zamarzły mu z zimna. Pani Pomfrey mówiła, by na razie przestał grać i trochę odpoczął, ale mecz ze ślizgonami zbliżał się nieubłagalnie. Musi być w dobrej formie i drużyna go potrzebuje. Był kapitanem i musiał wymyśleć jakąś taktykę. Nie szło mu w tym roku za dobrze, ale jakoś da radę. Rona wywalili z drużyny i musiał znaleźć innego obrońcę. Zebrał wszystkich chętnych na boisku. Parvati nie przepuściła ani jednego gola! Zawsze myślał, że ona nie umie grać w quiddicha. W tym roku mieli niezłych zawodników, ale to nie to samo co kilka lat temu. Kiedy Fred i George byli pałkarzami… albo kiedy obrońcą był Oliver… oczywiście Ritchie Coote i Jimmy Peakes jako pałkarze tez byli dobrzy. Bał się, że ślizgoni będą mieli lepszą taktykę. Zaciskał i lozluźniał znarznięte palce wchodząc do szatni. Czuć było nadchodzącą zimę. Zimny wiatr przemrażał do szpiku kości. Słońce zasłoniły białe chmury. Reszta drużyny już dawno poszła do ciepłego zamku, ale on chciał jeszcze trochę poćwiczyć. Wszedł do szatni i zaczął ściągać strój do quiddicha nie zauważając Ginny, która siedziała na ławce obok, już normalnie ubrana. Odwrócił głowę na bok i aż podskoczył widząc rudą czuprynę. Spojrzała na niego i niepewnie się uśmiechnęła.
- Cześć Ginny, co tu robisz? – zapytał zdziwiony Harry, zakładając zwykłą koszulkę, a tą z quiddicha pakując do torby.
- Cześć, chciałam ci pomóc w wymyślaniu taktyki.. – zaczęła – widzę, że jeszcze jesteś dosyć słaby. Powinieneś odpocząć.
- Nic mi nie jest Gin, nie martw się – powiedział odwracając głowę w stronę dziewczyny uśmiechając się przy tym. Podobała mu się już od jakiegoś czasu. Jest inna niż reszta dziewczyn. Uwielbiał z nią rozmawiać i spędzać czas, choć trochę go to krępowało. – Dam sobie radę z taktyką. – Ubrał swoją spraną już trochę kurtkę i zawiązał buty. Ruda zrobiła lekko zawiedzoną minę, ale wybraniec tego nie zauważył. Chciała z nim spędzić trochę czasu. Nic nie odpowiedziała, bo harry nie zgodziłby się na pomoc. Wyszli razem, a chłodny wiatr rozwiał rozpuszczone, ogniste włosy dziewczyny. Chłopak patrzał na to oczarowany, nie myśląc jak przy tym wygląda. Ginny się zaśmiała, a on wrócił do siebie. Szli razem przez błonia rozmawiając przy tym i śmiejąc się razem. Nagle na ich głowy zaczęła spadać pojedyncze krople deszczu, który po paru chwilach zamienił się w śnieżnobiałe śnieżynki, które zaczynały coraz gęściej padać. Pokrywały trawę i drzewa. Kiedy byli już blisko wrót do zamku rozpętała się wichura. Duże płatki śniegu padały gęsto z białych chmur. Weszli razem do pokoju wspólnego. Wielu pierwszoroczniaków pchało się do okna, by obejrzeć jak śnieżnobiały puch pokrywa błonia. To była ich pierwsza zima w Hogwarcie. Na fotelu obok kominka siedział samotnie Ron. Ginny lekko szturchnęła łokciem Harrego i pokazała głową na rodzielca. Zawalony pergaminami gryfon spojrzał smutno w stronę przyjaciela i siostry. Wybraniec odwrócił wzrok, a Ruda zmierzyła go wściekłym spojrzeniem. Złapała niespodziewanie za łokieć Harrego i pociągnęła go do swojego dormitorium.
***
Dwa dni później Hermiona została wypisana ze skrzydła szpitalnego. Zabrała swoje rzeczy i wraz z przyjaciółmi opuściła sale. Z jednej stromy Parvati zachwycała się dostaniem do drużyny quiddicha, a z drugiej Ginny i Harry opowiadali o Ronie. Levander która szła troszkę przed Patil mówiła o jakiejś imprezie. Tylko ślizgon siedział cicho. Przy portrecie Grubej Damy rozdzielili się i dalej szła tylko z Ginny i Draco. Rudowłosa mówiła o zbilżającym się meczu, a Malfoy nadal milczał. Tylko uśmiechał się leciutko. Weszli do Pokoju Wspólnego Prefektów Naczelnych i rozsiedli się wygodnie na kanapie. Gryfonka wezwała Stworka, a Draco poszedł do swojego dormitorium po ognistą. Skrzat przyniósł im po kubku gorącej czekolady i po ciastku z jagodami. Młody Malfoy nalał każdemu do szklanki bursztynowego płynu. Rozmawiali w najlepsze, aż nagle do pokoju wszedł niespodziewanie uśmiechnięty Blaise i rozsiadł się naprzeciw dziewczyn. Cała czwórka śmiała się do łez z żartów Blaisa i Ginny. Po jakimś czasie ruda i Zabini zaczęli się kłócić kto wygra mecz. Przekrzykiwali się nawzajem śmiejąc się głośno. W końcu założyli się o zwycięstwo obydwoje święcie przekonani, że wygrają. Hermiona z Draco zaczęła się sprzeczać na temat starożytnych runów. W końcu, kiedy wszyscy byli już lekko podpici, Blaise wyczarował radio i zaczęli tańczyć. Bawili się w najlepsze. Zabini popisywał się dziwacznymi tańcami i o mało co nie przewrócił stolika. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Nagle Ginny na chwilę zniknęła. Wróciła z pudłem w ręku. Rozłozyła matę z kolorowymi kółkami na ziemi. Chłopcy patrzeli na to zdziwieni, a Hermiona zaśmiała się.
- Gin, skąd to masz?
- A tata mi kiedyś przyniósł! Twister to się nazywa, czy jakoś tak.
- A na czym to polega? – Zapytał wyraźnie zaciekawiony Draco.
- Kręcisz tym – wskazała na prostokątną tarczę z wskazówką i wyjaśniła im zasady gry. Zaklęciem zakręciła wskazówką.
- Lewa ręka na czerwone! – krzyknęła Hermiona. I tak grali przez długi czas śmiejąc się przy tym. Pierwszy odpadł Blaise, bo tak się śmiał, że noga mu się poślizgnęła. Ruda okazała się mistrzem w tej grze. Wszystko to robili przy muzyce, więc Zabini rozbawiał ich swoim tańcem. Kiedy grali jakiś piąty raz, tak bardzo się wszyscy poplątali, że nie dało się zakręcić wskazówką. Kiedy Hermiona próbowała wyciągnąć rękę w stronę kolorowej tarczy wszyscy się przewrócili z głośnym śmiechem. Porozmawiali trochę i towarzystwo się rozeszło. Gryfonka i Malfoy pożegnali się uśmiechem i weszli do swoich dormitoriów. Dziewczyna wzięła jeszcze szybki prysznic, po czym od razu zasnęła.
Świetnie piszesz. Masz jeszcze jakieś blogi?
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za te słowa :) Nie, nie mam więcej blogów. To mój pierwszy.
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
UsuńTen rozdział jest fantastyczny! Ginny albo z Harrym albo Bleisem? Ja wolę drugiego. :) Ciekawe bardzo! Wiesz, że już nie znajduję wielu błędów! Twój talent pisarski rozwija się z każdym zdaniem! To chyba najlepszy blog jaki czytałam! Pisz, pisz, pisz! :)
OdpowiedzUsuń