niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział 8

Hermionę obudziły listopadowe promienie słońca przedostające się przez olbrzymie okna koło łóżka dziewczyny. Gryfonka otworzyła oczy, choć na początku wszystko było rozmazane. Spojżała zaspanymi oczami na zegar na jej stoliku nocnym. Był w kształcie kuli na której leżał śpiący kotek. Dostała do od rodziców na urodziny. Była 9:11, ale ze względu, że była niedziela; dziewczyna postanowiła jeszcze trochę poleniuchować w łóżku. Przewróciła się na drugi bok i przykryła kołdrą. Przed oczami miała wszystkie sceny z wczorajszego dnia. A może Malfoy tylko bawi się jej uczuciami? Może wcale się nie zmienił? Nie wiedziała tego. Wolała myśleć, że on naprawdę ją lubi. Dziewczyna z dnia na dzień czuła coś więcej do tego chłopaka. Chciała wyrzucić z głowy, te myśli. Ale wszystko jest możliwe. Co jeśli będzie tego żałować? Może. Ale to co czuła to Dracona to nie była tylko sympatia. To coś więcej. A ten pocałunek.. Nie. Ale oni nie mogą być razem. Nie pasują do siebie. Rozmyślania Gryfonki przerwała brązowa sowa pukająca w szybę. Hermiona wyskoczyła z łóżka i wpuściła zwierzątko do dormitorium. Sówka miała przywiązany do nóżki kawałek pergaminu. Dziewczyna zdjęła go i wyjęła z torebki krakersa, którego dała ptakowi. Szybko rozwinęła liścik i przeczytała.

                          Kochana Mionko!

Jestem teraz w skrzydle szpitalnym. Harry czuj
ę się już lepiej i odzyskał przytomność. Normalnie rozmawia. Ron nie ma odwagi przyjść do niego. Podły! Czekamy tutaj na ciebie.

                                                                                                        Twoja Ginny

Hermiona uśmiechnęła się sama do siebie i popędziła do łazienki przypadkiem zahaczając o wazon z białymi różami od Dracona obok którego siedziała sowa. Oburzony ptak wyleciał z dormitorium. Kiedy dziewczyna próbowała złapać wazon kilka ostrych kawałków przecięło jej skórę na prawej ręce. Wenus na dźwięk tłuczonej porcelany zasyczała i zastroszyła futro na grzbiecie. Zaklnęła cicho pod nosem i poszła po bandaż. Kiedy opatrzyła rękę wycelowała w szczątki wazonu różdżkę.
- Reparo. – mruknęła, a wazon w całości wrócił na swoje miejsce na stoliku. Hermiona pozbierała rozsypane róże i włożyła z powrotem do wazonu. Z kwiatów wypadła bladoróżowa karteczka. Podniosła ją. Ciemnoróżowym, równym pismem było napisane
                                                         
Od kochającego smoka
Te zaledwie trzy słowa jeszcze bardziej poprawiły humor dziewczyny. Uśmiechnęła się pod nosem i odłożyła kartkę przy wazonie. Nadal się uśmiechając weszła do łazienki i wzięła prysznic. Wyszła owinięta w ręcznik i stanęła przed szafą zastanawiając się, co ubrać. W końcu wybrała czarne rurki i białą, dopasowaną koszulkę z nadrukiem. Do tego czarne trampki. Włosy spięła w koński ogon i wyszła. W pokoju wspólnym był Draco. Siedział na zielonym fotelu odrabiając pracę z transmutacji. Był tak zajęty robieniem zadania, że nawet nie zauważył skradającej się do niego Hermiony. Stanęła za nim, z trudem powstrzymując śmiech.
-  Pan Samuel DeLion przyczynił się w transmutacji tym, że wraz z Tommy'm Nyerem sposób przemieniania się w zwierzę. Opisali dokładny przebieg i… - mruczał cicho Smok marszcząc brwi i notując. Dziewczyna zasłoniła mu oczy rękami. Chłopak się przestraszył i drgnął.
- Zgadnij kim jestem! – powiedziała Gryfonka zmieniając śmiesznie głos tak, że brzmiało to jakby była staruszką. Myślała, że za chwile pęknie ze śmiechu.
- Hmm… Blaise? – zgadywał rozbawiony Malfoy.
- Nie-e – odpowiedziała znowu zmieniając głos na piskliwy.
- o! Wiem! Pansy czekałem na ciebie! – Hermiona zdjęła ręce z jego twarzy i zrobiła obrażoną minę. I odwróciła głowę. Draco zaczął się śmiać i przyciągnął ją do siebie. Gryfonka usiadła na oparciu i patrzyła na niego poważnie  z góry.
- Oj Granger! To był żart. Od razu wiedziałem, ze to ty. – uśmiechnął się do niej i złapał za rękę – gdzie się wybierasz?
- Idę do Harrego. Jest w skrzydle szpitalnym – powiedziała patrząc na tańczące płomienie w kominku.
- Potter jest w skrzydle?! – zapytał zdziwiony Draco puszczając jej rękę. Za pare dni miał się odbyć mecz quiddicha z gryfonami. – co mu się stało?
- Długa historia. Potem ci powiem, jestem spóźniona. Na razie! – powiedziała Gryfonka zsuwając się z oparcia.
 Zanim Smok zdążył coś powiedzieć była na korytarzu. Szła patrząc na obrazy. Zza rogu wyszedł jakiś chłopak trzymający tak dużą stertę kartek, że nie było widać twarzy. Lekki przeciąg zwiał mu ze stosu trochę papierów, a on nie był w stanie ich podnieść. Hermiona podbiegła do niego i pomogła zbierać kartki. Udało jej się zobaczyć twarz chłopaka. Był to były szukający Slytherinu. Miał brązowe włosy postawione na żelu i piwne oczy. Był wysoki tak samo jak Draco i Blaise.
- Przepraszam.. McGonagal kazała mi to zanieść Snapowi. – powiedział chłopak trochę dysząc.
- Pomóc ci? – zapytała dziewczyna i chciała wziąć trochę kartek, ale chłopak odmówił.
- Nie, dam sobie radę. Dzięki. Nazywam się Terence Higgs. – brunet próbował wyciągnąć rękę do dziewczyny ale mu się nie udało.
- Hermiona Granger – przedstawiła się i uśmiechnęła promiennie – przepraszam, ale muszę już iść.
- Ja też. – posłał Gryfonce uśmiech – do zobaczenia!
- Paa!
Hermiona pobiegła w stronę skrzydła szpitalnego. Otworzyła z łoskotem drzwi i podeszła do Harrego i Ginny. Wybraniec wyglądał już o wiele lepiej. Jego twarz nabrała lekkich rumieńców.
- Miona! Czemu tak długo cię nie było? – zapytała rudowłosa przytulając przyjaciółkę.
- Przepraszam, coś mnie zatrzymało – usiadła na skraju łóżka – Harry, jak się czujesz?
- O wiele lepiej! – powiedział chłopiec-który-przeżył z wesołym uśmiechem
- O co wam poszło z Ronem?- Harry westchnął i smutno spojrzał na Hermionę blado się uśmiechając
- O ciebie i Malfoya.
- Coo? Jak to?
- Eh no więc tak. Wstałem wcześnie rano, tak samo jak Ron. Z niewiadomych przyczyn zaczął się żalić i na mnie warczeć o to, że jesteś z Malfoyem. Ja mu powiedziałem, że Draco się zmienił i że mu wybaczyłem. Rudzielec zaczął na mnie wrzeczszeć budząc wszystkich, że już jesteśmy po imieniu. Kłótnia przeniosła się do pokoju wspólnego. Zaczął wyzywac cię od szmat dlatego, że się z nim zadajesz. No to ja go uderzyłem w twarz. Nie mocno, nie chciałem go skrzywdzić. Chciałem tylko by oprzytomniał. Zaczął się rzucać i wyjął różdżkę. Chciał pojedynku, więc wybiegliśmy na błonia wyzywając się. Walczyliśmy zajadle, aż rzucił we mnie drętwotą na moście, a ja wpadłem do lodowatej wody. Nie mogłem się ruszać więc poleciałem na dno. Ron nurkował kilka razy szukając mnie, aż w końcu udało mu się mnie znaleźć. Niestety byłem już nieprzytomny z braku powietrza. Mogło się to o wiele gorzej skończyć. Ważne, że Ron tego żałuje. Zmienił się cholernie! Nie poznaje go. Zachowuje się jak totalny kretyn i na wszytkich wrzeszczy! Mam wrażenie, że straciłem przyjaciela… Od wypadu na pokątną jęczy mi, że jaka ty jesteś bo spotykasz się z nim. On jest zazdrosny. Chorobliwie zazdrosny! Ja nic nie mam do tego z kim się zadajesz. Na początku miałem wątpliwości, ale teraz już nie mam.
- Oh Harry! – Hermiona przytuliła się do przyjaciela, na co Ginny patrzała lekko z ukosa, więc od razu się od niego oderwała – Dziękuję! Masz racje, Ron zachowuje się jak świnia! – wykrzyknęła ostatnie słowo zaciskając pięści – nigdy mi tego nie wybaczę co ci zrobił.. ten, ten wre.. –nie dokończyła bo przerwał jej głos pani Pomfrey.
- Przepraszam panno Granger i Panno  Weasley. Pacjent potrzebuje spokoju. Jest jeszcze osłabiony, proszę przyjść jutro. – dziewczyny próbowały zaprzeczyć, ale pielęgniarka wypchnęła je za drzwi. Mówiąc najrozmaitsze przekleństwa o Ronie weszły do pokoju wspólnego prefektów naczelnych.
- Stworek! – zawołała Hermiona, a chwilę potem przed nią zmaterializował się skrzat. Powiedział swoim skrzeczącym głosem raniącym uszy – Czego sobie panienka życzy?
- Dwa piwa kremowe, dwie miseczki lodów czekoladowych i truskawki. Mógłbyś mi przynieść stworku?
- Jak sobie panienka życzy. – powiedział i aportował się do kuchni nisko się skłaniając. Hermiona była bardzo wdzięczna Harremu, za to, że kazał stworkowi jej słuchać. Kiedy miała dużo nauki, lub była chora to wzywała skrzata by przyniósł jej coś do jedzenia. Dziewczyny usiadły przed kominkiem rozmawiając o Harrym i II Bitwie o Hogwart, która miała miejsce rok temu. Spokojną rozmowę przerwał im charakterystyczny trzask teleportacji. Podszedł do nich Stworek w lewej ręce trzymający lody, w prawej miseczkę z truskawkami a pod pachą dwie butelki piwa kremowego.
- Stworek przyniósł, co panienka sobie życzyła – skłonił się nisko i znów aportował do kuchni.
Dziewczyny ponownie usiadły zajadając się truskawkami i lodami. Rozmowa trwała w najlepsze. Zaczęły dyskutować o Balu Bożonarodzeniowym. Całej tej rozmowie przysłuchiwał się stojący za drzwiami blondyn. Nagle go olśniło. Przecież Granger należy do najładniejszych dziewczyn w szkole! W każdej chwili ktoś może ją poprosić by poszła z nim na bal. Musi niezwłocznie ją zaprosić. Tylko kiedy? Może kiedy pójdzie ta jej ruda przyjaciółka? Zaraz zaraz! Ona właśnie wychodzi. Dobra Malfoy, ogarnij się.
Niepewnie wyszedł zza drzwi cały czas patrząc na Hermione. Dziewczyna odwróciła się i serdecznie do niego uśmiechnęła.
- Witaj Draco! – przywitała się jeszcze mocniej wtulając się w chłopaka. Wzdrgnął się. Pierwszy raz powiedziała do niego po imieniu, nie po nazwisku. Czuł bijące od niej przyjemne ciepło. Darzył ja uczuciem, jakim nie darzył nikogo. Wtulił twarz w jej pachnące, miękkie włosy. Czuł do niej coś, coś co go rozpierało od środka. Powinienen się jej teraz zapytać. Ale jak? Co jeśli odrzuci jego propozycje? Odwagi! Jesteś Draco Malfoy, a on zawsze dosteje to czego chce i nie jest tchórzem!
- Granger… - zaczął ale dziewczyna mu przerwała
- Mów mi Hermiona – roześmiała się i spojrzała w oczy Dracona. Jego oczy były zimne, nieprzeniknione, a jej ciepłe z takimi wesołymi ognikami.
- Dobrze. Hermiono, czy poszłabyś ze mną na bal bożonarodzeniowy? – zapytał poważnie patrząc w oczy dziewczyny
- Ja-a – zająkała się, a na jej twarz zagościły dwa małe rumieńce, spuściła wzrok. Malfoy się przestraszył, że może Hermiona nie chce z nim iść. Ale na szczęście po chwili się odezwała.
- Oczywiście, że z tobą pójdę, Draco. Ale czemu tak wcześnie pytasz? Jeszcze miesiąc do balu!
- Wiem, ale chciałem być tym pierwszym co cię zaprosi. – uśmiechnął się do dziewczyny i objął ją w talii, a gryfonka zaśmiała się cicho.
- Muszę odrobić lekcje – stanęła na palacach i pocałowała go w policzek po czym poszła do swojego dormitorium.


                                                           *************

Rudowłosy chłopak siedział na parapecie w swoim dormitorium. Jego koledzy już spali. Wszyscy byli w łóżkach, oprócz jednego. Jeden właśnie leżał w skrzydle szpitalnym z jego winy. Dlaczego był aż tak głupi by rzucić drętwotę na moście? Przez niego, jego przyjaciel który był z nim przez siedem długich lat, mogł zginąć. Przeżył spotkania z Lordem Voldemortem, a zginął by z ręki własnego przyjaciela. Te myśli nie dawały mu spokoju. Po tym wszystkim co Harry dla niego zrobiła, wybaczał mu jego wybryki on prawie go utopił. Miał wilkie wyrzuty sumienia. A co by się stało, gdyby pare sekund później wynurzył by go z wody? Nie było by go tu. Chyba by sam się zabił. Nagle wpadła mu do glowy myśl.
To tylko jego wina. Nie! To nie jego wina. Gdyby Hermiona i Malfoy nie byli razem, to nie pokłócił by się z przyjacielem co jest równoznaczne z tym, że zamiast walczyć o życie spał by sobie smacznie w swoim łóżku! To ich wina. Taak, tylko ich wina. To wina Malfoya… gdyby nie on, może i byliby razem z Hermioną.
Śwaitło księżyca padło na jego szaleńczy, złowieszczy uśmiech i niebiespieczne błyski w oczach.
Pora na zemstę. Już nie będą razem… nigdy.
Zszedł z parapetu i położył się do łóżka w myślach układając swój plan.
Tak, ona nie może z nim iść na bal. Trzeba kogoś poprosić, by ją zaprosił. McMillian będzie idealny! Przecież mu nie odmówi. Haha! Malfoyowi wtedy zrzednie mina! I jeszcze trzeba będzie ich jakoś skłócić…

                                                           ***************

Nastał kolejny, przepełniony nauką dzień w Hogwarcie. Wszyscy uczniowie po zjedzeniu śniadania udali się na lekcje. Wśród tych uczniów była Hermiona Granger. Pierwszą lekcją było wróżbiarstwo; najbardziej znienawidzony przedmiot przez gryfonkę, bo uważała, że to co mówi im Profesor Sybilla Trelawney to bzdury. Jedynie niektóre dziewczęta, między innymi Parvati Patil i Lavender Brown lubiły ten przedmiot. Lekcja miała się odbyć jak zwykle na szczycie wieży astronomicznej. Ciężko dyszący uczniowie wspinali się po wązkich schodach, zdających się wydłużać. Kiedy w końcu udało im się dotrzeć na górę wszyscy zmęczeni usiedli na pufach znajdujących się koło okrągłych stolików. Zazwyczaj siedziała na tej lekcji z Harrym i Ronem. Rozglądając się po klasie jej wzrok padł na dwóch machających do niej ślizgonów. Bez zastanowienia podeszła do ich stolika a Blaise podsunął jej pufe. Siedzący samotnie Ron śledził z nienawiścią jej ruchy. Nagle do klasy weszła nauczycielka Sybilla Trelawney. Była ona starą czarodziejką przypominającą wariatkę. Miała kręcone blond włosy sięgające do ramion. Posiadała zielone oczy i dość duży nos, na którym nosiła wielkie okulary, w których wyglądała jak ważka. Była chudą kobietą obwieszoną różnymi dekoracjami, takimi jak paciorki czy cekiny.
- Witajcie Dzieci! – powiedziała swoim rozmarzonym głosem patrząc w tylko sobie znane miejsce – Dzisiaj będziemy wróżyć  z kryształowych kul! – na te słowa Hermiona tylko prychnęła pogardliwie, a profesor udała, że tego nie słyszała.
- Proszę, spójrzcie w wasze kule i skupcie się…
Prawie cała klasa gapiła się w kulę bezmyślnie lub rozmawiała z kolegą. Jedynie Parvati i Levander patrzały na nią jakby miała zaraz wstać i zatańczyć tango.
- Jak leci Mionka? – zapytał Blaise uśmiechając się do niej przyjaźnie
- Dobrze, a tobie Diabełku? – odwzajemniła uśmiech
- Oo wspaniale! A ten… Ty się przyjaźnisz z tą rudą? Ginny? – zapytał rozglądając się.
- Tak, a co? – Zapytała z zaciekawieniem. Po co to Blaisowi?
- Nic. Oo! Sybilla Nawiedzona nadchodzi!- powiedział i zaczął udawać, że skupia się na wróżeniu z kuli. Hermiona westchnęła i zrobiła to samo. Nic nie mówiący dotąd Draco pochylił się nad nią i szepnął
- Rudy wiewiór się na ciebie gapi. – pokazał głową w jego stronę. Ron siedział sam i zaciskając pięści pod stołem patrzył się na nich. Malfoy chcąc wkurzyć Weasleya pocałował Hermionę w policzek. Rudzielec nie wytrzymał. Wstał przewracając stolik i tłucząc kryształową kulę na miliony kawałeczków. Nie zwracając uwagi na oburzenie pani Trelawney podszedł do Dracona wyciągając różdżkę. Nienawiść z niego po prostu tryskała. Nie wiedział co robi, chciał tylko zrobić Malfoyowi krzywdę. Klasa w ciszy przyglądała się temu wszystkiemu. Stanął, ręce mu się trzęsły. To wszystko stało się w przeciągu kilku sekund.
- Sectumsempra! -Wypowiedział czarnoksięskie zaklęcie poznane na szóstym roku nauki w Hogwarcie przez podręcznik księcia półkrwi. Biały promień mknął ku zaskoczonemu blondynowi, który nie miał w ręce różdżki. To wszystko stało się szybko. Przed chłopaka wskoczyła Hermiona, przyjmując na siebie okropny urok. Jej brzuch i klatka piersiowa została przecięta jak nożem. Padła na ziemię cała we krwi. Rudzielec patrzał na to. Opuśił różdżkę.  Właśnie do niego to dotarło… zranił kolejnego przyjaciela. Chciał cofnąć czas. Chciał zapaść się pod ziemię. Chciał po prostu zniknąć. Nie słyszał wyzwisk kierowanych w jego stronę. Grupa uczniów zebrała się w około dziewczyny. Widział jak podłoga na której leżała dziewczyna coraz bardziej czerwieni się od jej krwi. Serce zaczęło mu szybko bić. Poczuł strach.. strach przed widokiem przyjaciółki. Widział tylko krew na podłodze, resztę zasłaniały mu gapie. Odwrócił się i bez wyrazu na twarzy uciekł.
Draco w sekundzie uklęknął nad dziewczyną. Profesor Trelawney zemdlała, a on nie znał przeciw zaklęcia. Wziął delikatnie dziewczynę na ręce i wybiegł z klasy. Biegł tak szybko jak nigdy. Nie chciał by się wykrwawiła. Nie myślał o Weasleyu, myślał o tym, że to on mógł teraz leżeć z ranami na podłodze. Ale nie, ta mala istota zasłoniła go własnym, drobnym ciałem przyjmując na siebie cierpienie i ból. Raz po raz dziewczyna cicho jęczała z bólu. Malfoy biegł, a oczy mu się zaszkliły. To on wolałby teraz krwawić. Zobaczył przed sobą drzwi do skrzydła szpitalnego. Wbiegł do niego, a drzwi trzasnęły z impetem o ścianę. Pani Pomfrey podskoczyła i odwróciła się w ich stronę. Bez słowa wyjęła różdżkę i zaczęła szeptać zaklęcia. Krwawe rany po woli znikały, ale nie znikły do końca. Kazała chłopakowi położyć ją na łóżku i wyjść. Zrobił tak i za drzwiami osunął się po ścianie. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął płakać. Nie robił tego od wielu lat. Gorące łzy spływały mu po policzkach, a wraz z nimi smutek, cierpienie i nienawiść. Nienawiść do Rona. Płakał tak przez jakiś czas. On, twardy Malfoy. Gdzieś w drodze do skrzydła szpitalnego zgubił swoją maskę. Ktoś delikatnie położył mu rękę na ramieniu. Odwrócił się gwałtownie, ukazując plamy na twarzy i zapuchnięte oczy. Wyglądał żałośnie. Pielęgniarce serce się scisło na ten widok. Wskazała mu głową drzwi do Sali.
- Straciła wiele krwi. Możesz przy niej zostać ile chcesz. Zwolnię cię z lekcji. – powiedziała i uśmiechnęła się blado. Chłopak otworzył drzwi. Zobaczył dwa łóżka zasłonięte parawanem. Podszedł do jednego i delikatnie odsunął zasłonę. Na łóżku leżał patrzący w sufit Harry. Blondyn zdziwił się, ale podszedł bliżej.
- To Hermiona… co jej się stało – powiedział wybraniec nie patrząc na Malfoya. – Dziś wychodzę ze skrzydla, w sumie to zadwie godziny. Wychyliłem się zza zasłony i zobaczyłem ją cała zakrwawioną na twoich rękach. Kto jej to zrobił? – zapytał wreszcie spoglądając na blondyna
- Zapytaj się twojego przyjaciela, Weasleya. – powiedział chłodno i podszedł do drugiego łóżka. Stanął za nim Harry. Usiedli na skraju łóżka Hermiony. Harry złapał ją za rękę, na co Draco się wzdrygnął. Chciał być przy niej, ale nie mógł na nia patrzeć. Świadomość, że to przez niego tak cierpi nie dawała mu spokoju. Ukrył twarz w dłoniach. Wybraniec patrzał z bólem na dziewczynę. Nagle zawołała go pielęgniarka, by dać mu ostatnią dawkę eliksirów. Wstał wciąż trzymając przyjaciółkę za rękę. Spojrzał na nią i wyszedł. Pani Pomfrey dała mu lekarstwo, a on natychmiast zasnął na swoim łożku. Nareszcie Draco został sam. Złapał ją za bladą dłoń. Czuł, że do oczu mu napływają łzy. Nie, tym razem nie pozwoli na chwilę słabości. Patrzał z współczuciem na nieprzytomną dziewczynę i zakrwawione bandaże. Zorientował się, że jego koszula jak i ręce także z niej są. Ze zwykłej krwi. Wcale nie było w niej szlamu. W jej żyłach płynęła taka sama krew jak w jego. Złapał obiema rękami jej dłoń szepcąc, że wszystko będzie dobrze. Czuł, że gdy patrzy na nia, na dziewczynę która się za niego poświęciła, jego serce ściska żal. Miał nie pozwolić na kolejną chwilę słabości, ale mu się nie udało. Znowu gorące łzy spływali po jego twarzy. Płakał pare chwil, ale uspokoił się. Otarł ręka policzki zostawiając na nich krwawe ślady, zapominając o krwi na rekach. Minęła godzina. Nagle usłyszał tupot stóp wchodzących do sali. Przed jego oczami mignęła ruda czupryna, która przytuliła się łkając do przyjaciółki. Obok stała Parvati z kwiatami oraz Harry z czekoladkami. Draco nawet nie zauważył kiedy wybraniec opuścił skrzydło. Co jeśli widział, jak płacze? To nieważne. Do łóżka podeszła Levander trzymiąc w ręce trzy słoneczniki. Wyczarowała dwa wazony. Do jednego wsadziła kwiaty Parvati, a do drugiego swoje. Nikt nic nie mówił. Słychać było tylko żałosne łkanie Ginny. Gryfonki nie dziwiły się towarzystwem Malfoya, ponieważ widziały jak wynosił ranna dziewczynę. Znowu usłyszał kroki, tym razem cięższe. Był to Blaise niosący kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia. Po jakimś czasie, osoby zaczęły odchodzić. Draco zdał sobie sprawię, że cały czas trzyma Hermionę za rękę. W końcu zostali tylko on, wybraniec i Ginny.

2 komentarze:

  1. Ale Ron się zmienił! Takim zaklęciem w szkole! Takiej zazdrości jeszcze nie widziałam! A Draco normalnie można się zakochać od samego czytania! Normalnie te rozdziały są boskie! Masz bardzo duży talent i dobrze że go wykorzystujesz!

    OdpowiedzUsuń